|
Tygodnik Nowy:
Prokurator czy kuglarz?
Prokurator oskarżający Henryka Stokłosę złamał zasadę obiektywizmu i neutralności. Stanął w pozycji strony, zapominając, że zobowiązany jest stać na straży praworządności
W minionym tygodniu warszawski prokurator Robert Kiełek udzielił obszernego wywiadu dziennikowi Polska Głos Wielkopolski, w którym wyraził zachwyt nad postawą głównego świadka oskarżenia Mariana J. Tę i inne kwestie poruszamy w rozmowie z Anną Stokłosą.
Proces Henryka Stokłosy rozgrywa się w znacznej części poza salą sądową. Czy Pani zdaniem prokurator powinien korzystać z medialnych form komunikacji?
- Tego jeszcze nie było! Prokurator Kiełek, który dopuścił się już wielu nadużyć, tym razem skorzystał z pomocy mediów. Wybrał sobie dziennikarkę, która już wcześniej dysponowała reglamentowanymi informacjami mogącymi pochodzić tylko z prokuratury. Schował się pod jej spódnicę i zaatakował nas publicznie w sposób nie mający dotąd precedensu.
Dla osób zainteresowanych sprawą nie jest tajemnicą, że nie ma tu mowy o dziennikarskiej rzetelności i bezstronności, ponieważ liczne artykuły szkalujące Henryka Stokłosę ukazują się w tej gazecie od chwili jej przejęcia przez niemiecki kapitał. Podejrzewam, że pisanie o polskim przedsiębiorcy w korzystnym świetle leży poza możliwościami tego tytułu. Fakt ten prokurator Kiełek wykorzystał w niecny sposób dla swoich interesów, nie mających nic wspólnego ze sprawiedliwością, obiektywizmem i profesjonalizmem.
Prokurator wykorzystuje przeciwko Pani i Pani mężowi media?
- Oczywiście, że tak. Przychylność opinii publicznej, o którą tak usilnie zabiega, jest swoistą tarczą ochronną dla jego występków. Znam pana Kiełka nie od dzisiaj. Od początku jego działań ukierunkowanych na zdyskredytowanie mojego męża i naszej firmy, pomimo że nie jestem o nic podejrzana, doświadczyłam z jego strony wielu nadużyć i niegodziwości. Wiele razy składałam na ręce jego przełożonych skargi i zażalenia na te czynności. Jak do tej pory otrzymuję jednak odpowiedzi w stylu "prokurator Kiełek nie przyznaje się do nadużyć". Dziwi mnie to tym bardziej, że z otrzymywanych odpowiedzi na moje skargi i zażalenia pośrednio wynika, że prokurator mija się z prawdą i plącze się w swoich wyjaśnieniach. Składał na przykład oświadczenie w sprawie nielegalnego wtargnięcia do mojego domu trzech funkcjonariuszy, którzy bez jakiegokolwiek nakazu przeszukania próbowali dokonać czynności polegających na rzekomym zabezpieczeniu jakichś części broni i amunicji. Pomimo tego, że naocznymi świadkami tego zdarzenia oprócz mnie było kilka osób, prokurator Kiełek zaprzecza przed swoimi przełożonymi, że miało to miejsce. Ale prędzej czy później nadejdzie czas, że pan Kiełek odpowie prawnie za swoje czyny, tym bardziej, że postępowania w tej sprawie się nie zakończyły.
W wywiadzie, o którym mówimy, dopuścił się wielu manipulacji, a nawet kłamstw. Już na samym początku mija się z prawdą, tłumacząc, dlaczego proces Henryka Stokłosy został poszatkowany. To nieprawda, że nie można było sporządzić wspólnego aktu oskarżenia, gdyż przecież w tym czasie Henryk Stokłosa przebywał już w areszcie i nie zachodziły żadne przesłanki, które uniemożliwiłyby przygotowanie wspólnego aktu oskarżenia. Jestem przekonana, że sprawę podzielono celowo, aby najpierw skazać urzędników z ministerstwa finansów, a następnie na tej podstawie, bez konieczności przeprowadzania przed sądem skomplikowanych dowodów, analogicznie skazać Henryka Stokłosę.
Prokurator po prostu wymyślił sobie scenariusz, według którego Henryk Stokłosa ma mniejsze szanse na udowodnienie swojej niewinności. W tym celu przyjął bezpodstawne założenie, że wydane dla nas decyzje podatkowe są niezgodne z prawem. W naszym przypadku prokurator, jako zainteresowana strona, dąży do zgromadzenia wyłącznie takich dowodów, które uzasadniają jego tezy i roszczenia, a to wyklucza możliwość dojścia do prawdy obiektywnej.
W wywiadzie dla Głosu prokurator gloryfikuje rolę swojego głównego świadka, Państwa byłego doradcy. Przyznaje m.in., że jest pod wielkim wrażeniem jego odwagi.
- Wielce niesmaczne i nieetyczne jest gloryfikowanie postępowania pana Mariana J., a co za tym idzie, pośrednio i samego siebie. Dla nas oczywiste jest, że Marian J. to człowiek, który w obliczu grożącego mu aresztu stał się narzędziem w ręku prokuratora. Po prostu trafił swój na swego. Rozumiem, że Marian J. jako człowiek w podeszłym wieku, schorowany i do tego tchórzliwy, wcześniej również podejrzany i zagrożony aresztem za sprawy dotyczące innych firm (np. zarzuty Prokuratora Okręgowego w Poznaniu z maja 2004 roku), był doskonałym narzędziem w ręku zionącego agresją prokuratora, który działał jakby wyłącznie dla własnej ambicji i kariery. Przypuszczam, że względy polityczne zdecydowały, że Marian J. okazał się mniej ważnym potencjalnym przestępcą niż Henryk Stokłosa.
Nasze spółki w dobrej wierze współpracowały z Marianem J. Wierzyliśmy w jego etykę zawodową pomimo tego, że w końcowym okresie naszej współpracy już pojawiały się symptomy jego niegodziwości zawodowej. Nie wiedzieliśmy jednak o jego wcześniejszych problemach z wymiarem sprawiedliwości. Dzisiaj, mając większą wiedzę o tym panu, jego stylu działania i nadużyciach w stosunku do innych podmiotów, żałujemy, że tak późno zakończyliśmy z nim współpracę. Według mnie Marian J. od dłuższego czasu spodziewał się reakcji organów ścigania na swoje niezgodne z prawem czyny i naszym kosztem przygotowywał się do obrony. To współgrało z potrzebami prokuratora i jego ówczesnych politycznych zwierzchników polujących na Stokłosę.
Dziś prokurator rozpływa się w zachwytach nad zeznaniami Mariana J., a według nas posiadają one znamiona przygotowanego z góry dokumentu. Przedstawione w zeznaniach szczegółowe okoliczności i drobiazgowe fakty sprzed 10 lat nie są bowiem możliwe do zapamiętania i odtworzenia nawet przez geniusza.
Ale prokurator twierdzi, że pan Marian J. zasługuje na szczególne traktowanie, bo jako pierwszy ujawnił fakty korupcyjne.
- Nieprawdą jest, jakoby Marian J. był pierwszą osobą, która zgłosiła popełnienie domniemanego przestępstwa korupcyjnego, jak stwierdził w wywiadzie pan Kiełek. To kłamstwo, które musi budzić oburzenie. Osobą, która jako pierwsza opowiadała o tych wątkach, była urzędniczka ministerstwa finansów, która już kilka miesięcy wcześniej, przebywając w areszcie, zeznała w tej sprawie. Co ważne, jej zeznania, obciążające głównie Mariana J., nie podobają się prokuratorowi Kiełkowi, przez co dzisiaj stara się on pomniejszać ich wagę, ponieważ jego celem jest skazanie Henryka Stokłosy bez względu na cenę i okoliczności, a nie Mariana J.
Umorzenie postępowania karnego w stosunku do Mariana J. prokurator tłumaczy opisem dwóch spotkań w pałacu w Pietronkach jesienią 1999 roku. Nie rozumiem, jak można w tym wypadku mówić o popełnieniu na tych spotkaniach przestępstwa przez osobę, której tam nie było. Dotyczy to posądzenia dyrektor finansowej naszej firmy o wręczanie rzekomej łapówki poznańskiemu sędziemu sądu administracyjnego. Dla mnie szokujące jest to, że oskarża się osobę, która nie uczestniczyła w tym spotkaniu i nie zna sędziego.
Pan Marian J. nie należy do ludzi, którzy szczególnie cierpią z powodu popełnionego przez siebie świństwa. Zawsze był egoistyczny i niezwykle pazerny w gromadzeniu wszelkich dóbr za wszelką cenę. Jest z tego znany w naszym regionie, mieliśmy i nadal mamy w tej sprawie liczne sygnały od innych przedsiębiorców, którym "pomagał". Był specjalistą od ściągania kłopotów na firmy, a później ich ratowania, oczywiście za sowitym wynagrodzeniem. Zatem słowa zachwytu prokuratora są po prostu śmieszne i żałosne, aczkolwiek - jak podejrzewam - nie do końca szczere. Szczególna troska prokuratora o oskarżonego Mariana J. budzi wiele podejrzeń. Takie działanie zabija w ludziach wiarę w jakąkolwiek uczciwość wymiaru sprawiedliwości.
W wywiadzie dla Głosu prokurator Kiełek sprawia wrażenie niezadowolonego z przebiegu postępowania przeciwko Marianowi J. przed sądem w Chodzieży.
- Z relacji osób, które uczestniczyły w jego procesie, wiem, że na początku swojej rozprawy Marian J. był bardzo pewny siebie, sprawiał wrażenie, że jest nietykalny. Jednak gdy usłyszał, że chodzieski prokurator podtrzymuje wobec niego zarzuty korupcyjne, niemal zasłabł, co wywołało nawet zaniepokojenie sędziego. Do tego doprowadziła gra prokuratora Kiełka, który najprawdopodobniej obiecał Marianowi J. umorzenie wszystkich zarzutów. Jak pokazała rzeczywistość, obietnicy nie udało się spełnić. Dalsze zachowanie Mariana J. nie miało już znamion racjonalności i doprowadziło do kuriozalnej sytuacji. Na pytanie sędziego: czy przyznaje się do stawianych zarzutów, odpowiedział "nie", ale jednocześnie podtrzymał treść swoich zeznań, w których przyznawał się do wręczania kopert z pieniędzmi. Używając terminologii piłkarskiej, można stwierdzić, że Marian J. strzelił sobie samobójczego gola.
Pytany przez dziennikarkę Głosu o naciski i wymuszanie zeznań, prokurator Kiełek odpowiada, że chce Pani tym sposobem doprowadzić do wyłączenia go ze sprawy. Twierdzi, że nie ma sobie nic do zarzucenia i podkreśla legalizm swoich działań. Zarzuca Pani medialne ataki przeciwko niemu.
- Skoro prokurator mówi o legalizmie, to niech sobie przypomni, co robił w styczniu 2007 roku u mnie w domu. Te nadużycia, o których wyżej wspomniałam, już dawno powinny zastanowić jego szefów. Po tym, czego się dopuścił i czym - mam nadzieję - w końcu zajmą się jego zwierzchnicy, jest on ostatnią osobą, która ma prawo do ocen moralnych. A co do mojej reakcji medialnej, to od początku zapewniałam, że nigdy nie ustanę w działaniach na rzecz ujawnienia prawdy na temat nadużyć prokuratorskich i słowa dotrzymuję, co oczywiście może się prokuratorowi nie podobać.
Osobiste wynurzenia i pretensje prokuratora są po prostu śmieszne. Od prokuratora wymaga się poważnych zachowań. Człowiek z klasą nie pozwoliłby sobie na publiczne roztrząsanie faktów typu, że ktoś udał się za nim do toalety. To po prostu nie licuje z godnością urzędnika państwowego.
Nieprawdą jest też, że prokurator Kiełek nie wie o doniesieniach na niego do prokuratury, ponieważ w korespondencji między nami a jego zwierzchnikami jest wyraźnie wskazane, że składał on oświadczenia w tych sprawach. Z tego wynika, iż musiał się tłumaczyć ze swoich zachowań, a teraz za wszelką cenę chce to ukryć przed opinią publiczną.
Kolejnym jego kłamstwem jest stwierdzenie, jakoby pracownicy naszych firm byli przywożeni na rozprawę autobusami. Jest to nieprawda i myślę, że w tej sprawie pracownicy zechcą sami zająć stanowisko. Mówiąc te słowa, prokurator Kiełek po raz kolejny udowodnił, że działa z niskich pobudek.
Prokurator przypisuje Państwu m.in. wykorzystywanie osoby znanego aferzysty Bogdana G.
- To już staje się nudne i pomimo że bardzo poważnie obciążał on prokuratora i sędzinę sądu aresztowego, nie traktuję tego do końca poważnie. Bogdan G. sam, bez żadnego zaproszenia, przyjechał do Śmiłowa. Byli też inni, ale o tym wszystkim będzie w książce, bardzo szczegółowo i z wglądem do pełnej dokumentacji. Myślę, że książka w pełni zaspokoi ciekawość nie tylko prokuratora w tej i wielu innych kwestiach.
Książka miała być wydana już kilka miesięcy temu, ale jeszcze jej nie ma w księgarniach. Skąd to opóźnienie?
- Książka jest napisana, ale wciąż docieramy do kolejnych dokumentów, wychodzą na jaw nowe fakty, głównie z udziałem prokuratora, i szkoda, żeby pozbawić czytelników tej ciekawej wiedzy. Powiem tylko, że to są bardzo interesujące wątki.
W ostatnich miesiącach media pisały o sprawie fałszywego tłumaczenia dokumentów ekstradycyjnych dotyczących Pani męża. Podnosiła Pani, że było to potrzebne prokuratorowi, by stawiać nowe zarzuty...
- W sprawie błędnego tłumaczenia zgody na ekstradycję prokurator przechodzi samego siebie. Przecież doskonale był zorientowany, że dokonano fałszerstwa, które pozwoliło mu na bezprawne stawianie nowych zarzutów mojemu mężowi. Osobiście o sfałszowanym dokumencie poinformowali go mąż i jego obrońca w ramach czynności kończących śledztwo, tj. pod koniec zimy 2008 roku.
Prokurator Kiełek jednak posłużył się fałszywym tłumaczeniem przed sądem aresztowym, aby przedłużyć mężowi areszt. Przypominam fakt, iż początkowo, w dniu 16 listopada 2007 roku, tłumaczenia dokumentów ekstradycyjnych dokonano prawidłowo i wynikało z nich, że Henrykowi Stokłosie nie można stawiać dodatkowych zarzutów. To prawdopodobnie nie zadowalało prokuratora Kiełka. Zlecono ponowne tłumaczenie. 20 grudnia 2007 r. prokurator otrzymał fałszywe tłumaczenie i już następnego dnia wykorzystał je we wniosku o tymczasowy areszt dla mojego męża, wprowadzając sąd w błąd. Argumentował, że sprawa jest rozwojowa i będą stawiane nowe zarzuty. Sąd nie wiedział wówczas, że było to działanie bezprawne i przedłużył mężowi areszt.
Prokurator działał wtedy tak szybko, że nałożyły się terminy aresztowania. Pierwszy 14-dniowy areszt się jeszcze nie skończył, a prokurator jeszcze przed upływem terminu odwołania wystąpił o kolejny areszt, pozbywając oskarżonego prawa do odwołania, a więc do obrony w drugiej instancji.
Z naszych obserwacji wynika, że prokurator miał zupełnie inny scenariusz "na Stokłosę", ale plany pokrzyżowały mu nieprzewidziane wybory parlamentarne i zmiana władzy. Dziś musi się zmierzyć z trudnościami, których prawdopodobnie na początku nie brał pod uwagę. Dlatego - jak twierdzi w wywiadzie - jego marzeniem jest jak najszybsze skończenie sprawy. Natomiast naszym marzeniem jest, aby cała prawda została ujawniona, obojętnie czy komuś jest to wygodne, czy nie.
Dzisiaj prawda o manipulacjach prokuratora przy stawianiu zarzutów wychodzi na jaw. Dowodem na to jest fakt, że kilkanaście dni temu prokurator umorzył słynny zarzut XXII w sprawie rzekomego wyłudzenia pomocy na restrukturyzację zadłużenia jednej ze spółek i wyłudzenia przez męża przeszło 2,5 mln zł. Niestety nie zrobił tego w blasku fleszy i kamer telewizyjnych. Dlaczego zatem, skoro prokuratorowi Kiełkowi tak bliski jest legalizm, nie pochwalił się tym w artykule w Głosie.
Prokurator formułuje w swoim wywiadzie zastrzeżenia co do zachowania pracowników Państwa firm.
- Nie rozumiem, dlaczego prokurator atakuje pracowników naszych firm. Jak ma zareagować pracownik, który ma świadomość, że mieszka na terenie nieuprzemysłowionym i Farmutil nierzadko jest jedynym żywicielem dla jego całej rodziny? Co taki pracownik ma uczynić, jeżeli prokurator mówi mu wprost, w jego miejscu pracy: "po co pani jeszcze się stara, po co pani dzwoni, przecież niedługo już i tak tej firmy nie będzie"? Wszyscy dobrze pamiętają, jak prokurator wymachiwał pracownikom "przed nosem" postanowieniem o zatrzymaniu ich szefa. Próbował unicestwić nasz zakład, a tego się nie zapomina. Zniszczył też budowane z wielkim trudem społeczne więzi i stosunki międzyludzkie w naszej miejscowości i najbliższym otoczeniu. Moim zdaniem stosował niedopuszczalne metody mające na celu zastraszenie i skłócenie tutejszego środowiska. Wszedł w nasze życie brudnymi butami, a dzisiaj ma pretensje, że pracownicy chcą uczestniczyć w procesie, który przecież pośrednio ich też dotyczy. Jeżeli widzą, że prokurator stara się na siłę poniżyć człowieka zasłużonego dla ich bytu, to po prostu odzywają się w nich ludzkie emocje i odruchy. Być może prokurator oczekuje, że pracownicy będą mu w sądzie kibicować i wynosić na piedestał?
Pewien doświadczony adwokat, który wcześniej pełnił funkcję prokuratora, twierdził, że prokuratorem może być tylko człowiek dojrzały emocjonalnie, doświadczony, odpowiedzialny, przewidujący skutki swoich działań. Uważa, że tę pracę powinni wykonywać ludzie pozbawieni uprzedzeń do drugiego człowieka, nie szukający odreagowania własnych kompleksów. Tacy, którzy upatrują sobie wyimaginowanego wroga i robią wszystko, by go pokonać, nie powinni pełnić niezwykle odpowiedzialnej społecznie funkcji prokuratora.
Gdyby Pani spotkała prokuratora Kiełka, to co by mu Pani powiedziała?
- Ani ja, ani mąż nie czujemy się osobami wyjątkowymi. Wręcz odwrotnie - musieliśmy znieść w swoim życiu wiele niezasłużonych ciosów i często jeszcze się przy tym uśmiechać. Mamy jednak świadomość, że dokonaliśmy w życiu więcej niż przeciętny człowiek. Zbudowaliśmy tysiące miejsc pracy, wyprodukowaliśmy produkty, które ludzie z przyjemnością konsumują, prowadziliśmy szeroko zakrojoną działalność charytatywną, ożywiliśmy w znaczny sposób lokalną społeczność. Mąż piastował zaszczytną funkcję senatora przez pięć kolejnych kadencji. Popełnialiśmy też błędy i mieliśmy poważne potknięcia. Uważam jednak, że nie miały one aż takich konsekwencji i ciężaru gatunkowego, aby ktoś mógł w majestacie prawa nas za to upokarzać, bezprawnie i ordynarnie wchodzić w nasze życie prywatne. Prokurator w artykule oznajmia i przechwala się, że opisuje oraz utrwala pewne zapiski, tworząc nie znaną mi bliżej dokumentację. Zapiski te przechowuje w tajemniczym "dobrym miejscu". Tym samym udowadnia, że pozaprocesowe, nie przewidziane prawem metody działania nie są mu obce i nawet tego już nie zauważa. Zapytam przekornie: czy jest to może zwiastun nowej akcji przeciwko nam? Pół biedy, jeśli byłaby to inicjatywa samego prokuratora Kiełka. Jednakże z dotychczasowych doświadczeń przypuszczam, że mogłoby być inaczej.
Mój mąż, po latach ciężkiej pracy i wielu wyrzeczeniach, stał się obiektem bezprzykładnej zsynchronizowanej medialnej nagonki, a w konsekwencji dla wielu ludzi - synonimem aferzysty. W te działania wpisał się też prokurator Kiełek, który zamiast dążyć do obiektywnego wyjaśniania faktów, zaangażował się emocjonalnie w otwarty konflikt, wykraczając poza rolę prokuratora. Prowokacje z rzekomym sobowtórem męża, domniemana wizytą męża u lekarza z Gliwic, wyemitowany w swoim czasie program telewizyjny obśmiewający i wyszydzający moje relacje z mężem oraz kontrolowane przecieki z postępowania prokuratorskiego do prasy nie pozostaną nam nigdy obojętne i znajdą swoje zakończenie na sali sądowej.
Uważam, że prokurator musiał mieć pełną świadomość, że nas "morduje". Wielu słabszych w wyniku takich działań dostawało zawału lub lądowało w zakładzie psychiatrycznym. W naszym kraju jest wielu przyzwoitych ludzi i chociażby przed nimi chcemy się oczyścić i udowodnić, że padliśmy ofiarą zmasowanej akcji politycznej inspirowanej przez ważnych polityków PiS. Dzięki temu Henryk Stokłosa był dyżurnym przestępcą kraju na użytek polityczny. W książce, która się niebawem ukaże, krok po kroku wskazujemy, jak do tego doszło, czyimi rękoma i jakimi metodami.
Pomimo zła i wielu cierpień, jakich doznaliśmy ze strony naszego Państwa, nie żywimy do nikogo nienawiści. Będziemy jednak nadal konsekwentnie i z uporem walczyć o swoje dobre imię.
PS.
O fakcie umorzenia XXII zarzutu wobec Henryka Stokłosy szczegółowo poinformujemy w kolejnym wydaniu Tygodnika Nowego.
AS: Rozumiem, że Marian J. jako człowiek w podeszłym wieku, schorowany i do tego tchórzliwy, wcześniej również podejrzany i zagrożony aresztem za sprawy dotyczące innych firm (np. zarzuty Prokuratora Okręgowego w Poznaniu z maja 2004 roku), był doskonałym narzędziem w ręku zionącego agresją prokuratora, który działał jakby wyłącznie dla własnej ambicji i kariery? Pan Marian J. nie należy do ludzi, którzy szczególnie cierpią z powodu popełnionego przez siebie świństwa. Zawsze był egoistyczny i niezwykle pazerny w gromadzeniu wszelkich dóbr za wszelką cenę. Jest z tego znany w naszym regionie, mieliśmy i nadal mamy w tej sprawie liczne sygnały od innych przedsiębiorców, którym "pomagał". Był specjalistą od ściągania kłopotów na firmy, a później ich ratowania, oczywiście za sowitym wynagrodzeniem.?
Komentarz: Marian J. specjalista od spraw finansowych był doskonałym narzędziem w rękach Stokłosy! Został wykorzystany, przeżuty i wypluty.
AS o prokuratorze: -. Po tym, czego się dopuścił i czym - mam nadzieję - w końcu zajmą się jego zwierzchnicy, jest on ostatnią osobą, która ma prawo do ocen moralnych. A co do mojej reakcji medialnej, to od początku zapewniałam, że nigdy nie ustanę w działaniach na rzecz ujawnienia prawdy na temat nadużyć prokuratorskich i słowa dotrzymuję, co oczywiście może się prokuratorowi nie podobać.
Komentarz: Do ocen moralnych nie ma prawa Anna Stokłosa. Jej ?ujawnianie prawdy? zostało już ocenione przez sąd, który za jej kłamstwa wyznaczył karę. Anna Stokłosa za swoje publiczne kłamstwa musi zapłacić i odszczekać je w prasie.
AS: Kolejnym jego kłamstwem jest stwierdzenie, jakoby pracownicy naszych firm byli przywożeni na rozprawę autobusami. Jest to nieprawda i myślę, że w tej sprawie pracownicy zechcą sami zająć stanowisko. Mówiąc te słowa, prokurator Kiełek po raz kolejny udowodnił, że działa z niskich pobudek.
Komentarz: Pracownicy Farmutilu SĄ przywożeni autobusami na rozprawy do Poznania i do Chodzieży! Wśród nich są tacy, którzy nigdy by sami tam się nie znaleźli, ale dostali polecenie, którego nie mogli zlekceważyć, bo wylecieli by z pracy!
AS: Z naszych obserwacji wynika, że prokurator miał zupełnie inny scenariusz "na Stokłosę", ale plany pokrzyżowały mu nieprzewidziane wybory parlamentarne i zmiana władzy. Dziś musi się zmierzyć z trudnościami, których prawdopodobnie na początku nie brał pod uwagę. Dlatego - jak twierdzi w wywiadzie - jego marzeniem jest jak najszybsze skończenie sprawy. Natomiast naszym marzeniem jest, aby cała prawda została ujawniona, obojętnie czy komuś jest to wygodne, czy nie.
Komentarz: Nikomu tak bardzo nie zależy na ujawnieniu prawdy, jak społeczności powiatu pilskiego! Prawdy, której boi się Stokłosa, a która jest wiadoma wszystkim mieszkańcom. Są ludzie, którzy nie mogą uwierzyć, że w środku Europy w naszych czasach człowiek, który był 15 lat senatorem, mógł się dopuścić bandytyzmu, terroryzmu, złodziejstwa i trucia ludzi i środowiska na skalę niespotykaną nigdzie indziej!!!
AS: Wszyscy dobrze pamiętają, jak prokurator wymachiwał pracownikom "przed nosem" postanowieniem o zatrzymaniu ich szefa. Próbował unicestwić nasz zakład, a tego się nie zapomina. Zniszczył też budowane z wielkim trudem społeczne więzi i stosunki międzyludzkie w naszej miejscowości i najbliższym otoczeniu. Moim zdaniem stosował niedopuszczalne metody mające na celu zastraszenie i skłócenie tutejszego środowiska. Wszedł w nasze życie brudnymi butami, a dzisiaj ma pretensje, że pracownicy chcą uczestniczyć w procesie, który przecież pośrednio ich też dotyczy. Jeżeli widzą, że prokurator stara się na siłę poniżyć człowieka zasłużonego dla ich bytu, to po prostu odzywają się w nich ludzkie emocje i odruchy.
"Społeczne więzi i stosunki międzyludzkie", które polegają na tym, że mieszkańcy okolic, gdzie są zakłady należące do Stokłosy boją się wychodzić z domów, bo obawiają się porwań i mordobicia, a nawet pozbawienia życia? Gdzie ludzi wywożono do lasów, rozbierano do naga, kazano kopać sobie groby i pod groźbą zastrzelenia wymuszano podpisanie donosów na kolegów? Gdzie ludzi więziono, bito i maltretowano po kilkanaście godzin? Gdzie Stokłosa sam bił swoich pracowników i przeciwników smrodu z jego zakładów? Pracownicy Farmutilu mają zakaz kontaktowania się z sąsiadami, którzy wystąpili przeciwko truciu środowiska przez Stokłosę. Pod groźbą utraty pracy!
AS: Zbudowaliśmy tysiące miejsc pracy, wyprodukowaliśmy produkty, które ludzie z przyjemnością konsumują, prowadziliśmy szeroko zakrojoną działalność charytatywną, ożywiliśmy w znaczny sposób lokalną społeczność.
Komentarz: Sponsoring Stokłosów opiera się na cudzej forsie! Lato u Stokłosów, którym, jako dobrodzieje, chwalili się Stokłosowie w kampanii wyborczej 2005 r. Stokłosa na plakatach został "senatorem z sercem", a przez 10 lat kolonie dla dzieci pod nazwą "Lato u Stokłosów" finansowała Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa w Warszawie! Siatkówka sponsorowana była kradzioną forsą?! Kiedy Farmutil zapłaci za kradzież z nielegalnej kopalni żwiru to na działalność charytatywną ich nie będzie stać?
AS: Mąż piastował zaszczytną funkcję senatora przez pięć kolejnych kadencji. Popełnialiśmy też błędy i mieliśmy poważne potknięcia. Uważam jednak, że nie miały one aż takich konsekwencji i ciężaru gatunkowego, aby ktoś mógł w majestacie prawa nas za to upokarzać, bezprawnie i ordynarnie wchodzić w nasze życie prywatne
Komentarz: Pani Stokłosowa! Nie: BŁĘDY, ale PRZESTĘPSTWA! I nie chodzi o upokarzanie, tylko sprawiedliwy wyrok!
AS: Mój mąż, po latach ciężkiej pracy i wielu wyrzeczeniach, stał się obiektem bezprzykładnej zsynchronizowanej medialnej nagonki, a w konsekwencji dla wielu ludzi - synonimem aferzysty.
AS: W naszym kraju jest wielu przyzwoitych ludzi i chociażby przed nimi chcemy się oczyścić i udowodnić, że padliśmy ofiarą zmasowanej akcji politycznej inspirowanej przez ważnych polityków PiS. Dzięki temu Henryk Stokłosa był dyżurnym przestępcą kraju na użytek polityczny.
Komentarz: Przyzwoitym ludziom jest wstyd, że dali się oszukać i głosowali na bandytę! Henryk Stokłosa nie jest "synonimem aferzysty". On jest aferzystą i przestępcą! Jest już po dwóch wyrokach skazujących, a teraz czeka na ocenę swojej "działalności" i na sprawiedliwy wyrok za wszystkie zbrodnie, które przez długie lata uchodziły mu płazem. To nie ma nic wspólnego z polityką. Oprócz polityków i urzędników indywidualnie uwikłanych w "przyjaźń" ze Stokłosą.
Na koniec: Henryk Stokłosa JEST przestępcą, a jego żona, która sama przyznała publicznie, że wszystkie ważne decyzje podejmowała razem z mężem, powinna siedzieć na ławie oskarżonych obok Henryka Stokłosy. Za współudział!!!
|